Chapter: Beginning.
Time: czwartek, 23 sierpnia 2007 23:10:52
For you: # # # #

Nie wiem co o tym myśleć. Nie wyszło zupełnie tak, jak chciałam, żeby było.
Nie wiem, czy w któryś momencie nie powiem "dość" i nie doprowadzę "die" do końca, zobaczymy ^^ Bo to w końcu dopiero początek. Muszę nad tym pomyśleć. To jest "coś". Ni to prolog, właściwie bardziej z kontekstu wyrwane. Niczego szczególnego się nie dowiecie... i o to właśnie chodzi ^^
Zapraszam, Agnes.
Zbetowane przez Meg.
Z poprawkami Pen.




W środku sierpnia Florydę nawiedziła kolejna fala gwałtownych burz. Orlando tonęło w strugach deszczy. Ulice były puste, większość latarni przezornie wyłączono. Przy Cherry Grove wznosił się opuszczony budynek. Nad niebieską skrzynką na listy jarzyła się lampa, gasnąc, od czasu do czasu. Wysoka dziewczyna, w kapturze narzuconym na głowę, mocowała się ze starymi drzwiami, których zamek już dawno zardzewiał. Z cichym sapnięciem naparła na nie. Odpowiedziały głuchym jękiem zawiasów. W obszernym pokoju, po lewej stronie od wejścia, na gzymsie kominka paliła się samotna świeca. Bardziej wyczuła niż spostrzegła jego obecność. Jak zwykle wtapiał się w cień.
- Jak tu wszedłeś? - odezwała się cichym, acz dźwięcznym głosem.
Zamilkła, widząc jego wymowne spojrzenie. Przeszył ją dreszcz. ”Mężczyźni nie powinni mieć takich oczy. Nie tacy jak on.” Uciekła wzrokiem. Wbrew wcześniejszym postanowieniom. Odebrał od niej butelkę i rozlał szampana do wysokich kieliszków. Obok stało nietknięte wino.
- Dzisiejsza okazja? - jego głos przeciął ciszę jak trzaśnięcie bicza.
- Upadek. Korzystny i niekorzystny. Dla nas, a może dla nich? Czas pokaże. - wykrzywiła usta w kpiącym grymasie. - Za tych, którzy nie dają się złapać i tych, na których czekają już zaostrzone pale. Bo ich jest zdecydowanie więcej.
- Znowu to zrobiłaś – stwierdził, nie zapytał.
- Wiem co masz na myśli, ale na twoim miejscu nie wtrącałabym się.
- Och, naprawdę? Nie chciałbym ci zajść za skórę. – Uśmiechnął się nieznacznie. Przysunął się i odgarnął pasemko włosów spadające jej na oczy, szukając w ciemności malinowych ust.
- Nie – syknęła, a jej głos zabrzmiał nieprzyjemnie i złowrogo. - Pamiętasz jeszcze? - zapytała z przekąsem, odsuwając jego rękę ze srebrnym sygnetem na palcu.
- Zasady – prychnął ostentacyjnie. - Jakbyś ty ich przestrzegała, Dziewczyno Szamana – ostatnie słowa zabarwił kpiną. – Ty nie będziesz uczyła mnie wierności regułom, które sama łamiesz. Akurat ty nie jesteś Mu wierna.
- Nic o mnie nie wiesz – warknęła gniewnie.
- Wiem więcej niż inni. Więcej niż ci się wydaje. I więcej niż bym chciał, Dziewczyno Szamana – wymruczał jej do ucha. Znów przeszedł ją dreszcz. Drugi raz w ciągu tej nocy. I nie ostatni.
- „Szamanko”, jeśli łaska. „Dziewczyna” brzmi zbyt pretensjonalnie – odpowiedziała, ignorując jego poprzednie słowa, wciąż wściekła, wciąż niezdecydowana, wciąż próbując go odepchnąć.
- Oczywiście – uśmiechnął się, nie bez ironii – jeszcze by ktoś pomyślał, że gdzieś czyha „szaman”. I mógłby powiedzieć, że to na przykład... ja. – Unieruchomił jej ręce na oparciu fotela i znalazł to, czego chciał.
- Niedorzeczność - odpowiedziała w przerwie między kolejnymi pocałunkami zachłannych ust. - Przecież my nawet nie jesteśmy razem.
Niezdarnym ruchem ręki strąciła ze stołu kieliszek, a karminowy płyn rozlał się na podłodze.
- Nie jestem aż tak romantyczna – powiedziała stanowczo, gdy wylądowała na puszystym dywanie, tuż obok mokrej plamy po winie.

*

Przemykali długim korytarzem, pełnym dzieł sztuki, które były powieszone w równej linii, dokładnie na przeciwko siebie, po jego obu stronach. Rama obrazu z jazzowej knajpki, mieszczącej się parę przecznic dalej, jęknęła potępieńczo, gdy gwałtownie popchnął ją na ścianę. Sypialnia była przestronna i pomalowana na czerwono. Przez okna, pozbawione jakiejkolwiek zasłony, wpadało mleczne światło księżyca.
- Przesiąknę drzewem sandałowym – westchnął z dezaprobatą i zrzucił z łóżka narzutę w kolorze kawy z mlekiem, nie patrząc gdzie upadły porozkładane na niej zdjęcia. - Nie podejrzewałem cię o sentymentalność.
- Kiedy gadasz, stajesz się irytujący. Zajmij się czymś pożyteczniejszym...
Tej nocy nie odzywał się więcej. Prawie.
Na hebanowym stoliku o trzech nogach tliła się fioletowa świeca, roztaczając hipnotyzujący, słodki zapach opium.

*

Obudził go wiatr, tańczący we włosach i bezlitośnie smagający nagi tors. Otulił się kocem i z wyrzutem spojrzał ba otwarte okno. Był sam. Wyszła. Nie przejął się zbytnio. Tak było lepiej. Wygodniej. Bezpieczniej. Żałował tylko, że nie może spojrzeć jej w oczy przy demaskującym świetle poranka. Jak dotąd nigdy mu się to nie udało. Ale i to uczucie szybko zniknęło, wyparte przez zdecydowanie mniej przyjazną, ale większą część jego duszy. Wiedział, że ona wróci.

*

Dzielnica Sky Lake była dużym osiedlem domków, przeplatanych niskimi blokami. Wszyscy mieszkańcy znali się tak dobrze, iż można by się pokusić o stwierdzenie, że są jedną wielką, rodziną. Prędkość rozchodzenia się wiadomości można by porównać z europejskimi wioskami. Dlatego też, kiedy lekko sapiący, stary rybak przyszedł do żony piekarza i opowiedział jej, z dłuższymi przerwami na złapanie oddechu, kogo widział w okolicach jeziora, ta szybko zadzwoniła do właścicielki sklepu spożywczego. Kobieta właśnie usiłowała wyrzucić z domu kochanka, przed powrotem zazdrosnego męża. Zaaferowana, rzuciła w kąt męską koszulę i pobiegła do brata, pracującego w barze mlecznym na końcu ulicy. Po piętnastu minutach całe Sky Lake wiedziało, że w białym domku znów pojawiła się Ona. „Dziewczyna W Płaszczu”, jak ją zwyczajowo nazywali, zwiastowała niecodzienne wydarzenia i szokujące wieści. Byli pewni, że najpóźniej jutro w prasie pojawi się bardzo frapujący artykuł.

*

Siedziała ba starym, drewnianym pomoście, ukrytym wśród trzcin i zwisających konarów. Daleko przed nią wschodziło słońce, muskając promieniami korony drzew. Niebieskie oczy nieprzerwanie wpatrywały się w horyzont. Bose stopy kołysały się w bliżej nieokreślony rytmie, a palce delikatnie burzyły gładką taflę zielonkawej wody. Obok, na spróchniałej desce, leżały buty jednego z francuskich projektantów. Zerwała się nagle, a jasne włosy zafalowały na wietrze.
Z Cherry Grove skręciła w jednokierunkową Shadow Oak, przy której mieścił się sklep z artykułami spożywczymi. Młoda dziewczyna podała jej paczkę L&M Link Blue, obdarzając tylko szybkim, nieufnym spojrzeniem i suchym tonem poinformowała o cenie. „Dziewczyna w płaszczu” skinęła nieznacznie głową. Przyzwyczaiła się już do takich spojrzeń. Odpowiedziała na ciche „do widzenia” i poprawiła francuski beret, przekrzywiony na lewą stronę. Spokojnie wypalając kolejnego papierosa, wpadła do baru przy Mongrove Chase Avenue na szybką kawę. Większość klientów nagle zainteresowała się treścią gazet, leżących na stolikach. Zmierzyła ich obojętnym wzrokiem i usiadła na wysokim, niewygodnym krześle. Kątem oka zarejestrowała niespodziewany, nerwowy ruch przy jednym ze stołów. Niskawy chłopak podszedł do barmana i pokazał mu artykuł o spektakularnej akcji policji z Los Angeles, podczas której złapano większość z członków The Skulls, posądzanych o działania przestępcze i handel narkotykami. Niestety, paru udało się uciec. Dwaj mężczyźni rozejrzeli się niespokojnie, ale wszystkie hockery przy blacie były puste.





komentarze [13]

Chapter: ...
Time: czwartek, 2 sierpnia 2007 13:56:14
For you: # # # #

Witam.
To miała być tajemnica jeszcze przez jakiś (chyba dość długi) czas, ale skoro Meg i Moony dorwały się do zielonego zeszytu...
Oto jest. I zobaczymy co z tego wyniknie.
Agnes, znacząco spoglądająca w stronę dwóch dziewoi.

komentarze [3]


The Green Snake Inn.

Ślady.

Akta.


Chcesz ich poznać?
czy...
Zaprosić na drinka?

Portrety.

the-carrowsborder-of-libertycost-of-livingdiabel-u-pradysalem
Lista.



Szklanka Whisky

Pierwsza


Kod.

127

Papiery.

Szablon wykonany przez Agnes. Kirsten Dunst, Orlando Bloom oraz Słodcy i utalentowani.
brushes,patterns,photos
Proszę nie kopiować.
*
"Nothing can come of nothing" - William Shakespeare.